Od kilku dobrych lat chcę puścić lejce i umrzeć w pewnym tego słowa znaczeniu.
Kiedyś marzył mi się wyjazd z dala od wszystkiego, w tym momencie chcę po prostu zniknąć i wrócić, gdy uwolnię się od bzdur.
Już czuję widmo samotności, którą na siebie sprowadzam.
Idę w stronę żalu, rozczarowania i opuszczenia z nadzieją, że je uleczę.
Ale co, jeśli nie uda mi się wrócić?
Jeśli depresja mnie pożre?
Jednak nie dam dłużej rady biegać po świecie, podczas gdy wszystko we mnie pęka.
Jak się zastanowię, nie wiem czy kiedykolwiek byłam szczęśliwa, ale teraz już na prawdę nie ma z czego czerpać i dokąd iść.
Strumieniami wypływa ze mnie wzgarda.
Gardzę prawie wszystkim: scenariuszami w których gram jakieś role, brakiem autentyczności - kłamliwą mordą swoją i cudzą, wstrętnym poczuciem winy i nadgorliwością, tchórzostwem, strachem przed krzywdą, oraz tym że na niczym w tym życiu mi nie zależy, więc niczego właściwie nie robię, a na pewno niczego nie robię dla siebie.
I chcę to właśnie czuć, chcę w spokoju nienawidzić siebie i innych.
Pozwólcie mi, a ja sobie sama też już pozwoliłam.
![]() |
| Photo by Drew Darby on Unsplash |
